Debiut udany?

fot z fanpage'a wertepów

Tak, tak, trudno w to uwierzyć ale do tej pory startowaliśmy tylko jako dwa zespoły na trasach dwójkowych, na pierwszą sposobność startu jako czteroosobowa ekipa czekaliśmy długo, bo albo nie było takiej opcji, albo w ostatniej chwili kasowano trasę, albo rajd dla nas wydawał się zbyt ciężki jak na debiut. Choćby z tego względu Wertepy Trail.pl 2012 przejdą do historii, ale to nie jedyny powód: ja osobiście nie pamiętam rajdu na którym aż 7 polskich ekip wystawiłoby czwórkę, choć doszły do mnie informacje o starym cyklu NONSTOP ADVENTURE ZHP. Wracając do początku: dojazd, przygotowania, pakowanie przepaków, wszystko szło sprawnie i szybko, pamiątkowe zdjęcie przed rozdaniem map, obieramy wariant i wykonujemy start lotny za samochodem bezpieczeństwa. Naszym wariantem udają się jeszcze 4 inne zespoły trasy Masters. trzymamy się z tyłu i dajemy popełniać błędy innym – dojeżdżamy na 1PK pełni entuzjazmu i gdzieś w czubie. 200 metrów dalej nastąpił pierwszy przełomowy moment tej nocy… zdarzyło się coś, co zdarzyć się nie miało prawa w żadnym wypadku, a przytrafiło się mi i to oczywiście w najmniej odpowiednim momencie…  Śruby mocujące siodełko do sztycy przemówiły jednym głosem i postanowiły zakończyć swój żywot w lasach pod Chrośnicą, siodełko wylądowało na ściółce, a ja wylądowałem w wielkim pojemniku z napisem GRRRRRRR (piiiiii)!!!  Zipy (zwane też trytytkami) poszły w ruch i po paru minutach kontynuowaliśmy jazdę, no może nie jazdę tylko jazdkę, bo zdążyliśmy ledwie dojechać do wspomnianej Chrośnicy gdzie nastąpił drugi przełomowy moment tej nocy. Siodełko ponownie wylądowało na ziemi, a my jęliśmy rozkładać rowery na części pierwsze w poszukiwaniu pasujących gwintów.  Zdruzgotany oznajmiam, że zawijam się do bazy, a pozostali niech jadą dalej, w końcu nie po to jechali pół Polski żeby po godzinie się poddać. Nie przemówiłbym im do rozsądku i skończyło by to się wycofaniem ekipy gdyby nie miejscowi dżentelmeni, którzy wyszli przed posesję zaalarmowani światłami czołówek udającymi UFO na środku wsi. Ich garaż przyniósł wybawienie z opresji w postaci dwóch lśniących śrub. Wyprzedzeni przez chyba wszystkie ekipy ruszyliśmy w bój z (jak nam się wydawało) wiatrakami. Jakież było nasze zaskoczenie gdy na 3 PK dogoniliśmy Inov-8-tów, jeszcze większe gdy okazało się, że podbijają rowerowy PK na piechotę. Doszłoby prawie do rękoczynów: gdyż pamiętając jak napieraje na Zimowym Timexie w tym roku przymusili jedną z ekip w identycznej sytuacji do tego by pojawiła się na PK z rowerami, stanąłem na straży regulaminu i robiąc groźną minę chciałem to samo wyperswadować inov-8-tom, ale niestety nie posłuchali… no cóż… Co mnie uspokoiło to ich pomyłka przy następnym PK, niestety dalej mieliśmy sporą stratę i istniała wielka potrzeba ryzykowania z wariantami. Dlatego z PK 5 na PK 6 zdecydowaliśmy na dojazd do autostrady w poszukiwaniu asfaltu prowadzącego na punkt. Po drodze zaliczyłem spektakularnego podwójnego tulupa z rowerem. Nie znaleźliśmy asfaltu od razu, ale był jak myślałem, cieszyliśmy się jak dzieci i ze szczęścia podpiąłem się pod hol, popędziliśmy ostro do PK, na którym spotkaliśmy mocną ekipę  PocoLoco. Kolejny szok  – czyli nie wszystko stracone, mgła sprzyja lubiącym nawigacje, a i szczęścia trochę mieliśmy, bo ryzyko wariantowe na razie się opłacało. Anka i Gandi zaczynają narzekać na zimno, nie mają neoprenów na nogi co przy -2 stopniach powoduje dyskomfort. Stajemy kilka razy na wymachy, żeby rozpędzić krew. Przelot na PK 7 wyszedł nie najszybszy i Inov-8-ty nas dogoniły, znowu puściliśmy ich przodem i pognaliśmy autorskim wariantem, niestety ten nie był trafiony, wcale: bagno, płot i gęsta wiklina spowodowały kilkunastominutową stratę. Na przepaku zawitaliśmy jako 5 ekipa. Widok tylu rowerów spuścił z nas powietrze, spokojnie potruchtaliśmy w mgłę. I który to już Szok: Inov-8-ty widzimy już przed pierwszym PK, z czasem coraz bliżej, aż zaczynają biegać wkoło nas, przybiegają z północy na południe, jeszcze raz z północy na południe, potem z południa na północ, cały czas kręcą się jak gdyby nie mieli mapy… dopiero gdy zaczyna być jasno tracimy ich z zasięgu wzroku (jak się okazało nie zabrali opisów do punktu co w tym wypadku sprawiało nie lada trudności). Gandi powoli zaczyna zasypiać, tempo spada, próbuje go holować.  Płoszymy rodzinkę dzików z małymi: szczerze mówiąc mam już ich dość, na każdych spotykam dziki i to nie zawsze przyjaźnie nastawione. Koniec trekkingu to przeloty po łąkach i bagnach, na których moczą się nam buty co dla Anki jest koszmarem powracającym na każdym rajdzie: woda i bieganie na przełaj po lesie. Wsiadamy ponownie na rowery, jest zimno, przez pierwsze kilka kilometrów szczękam zębami, staram się pedałować szybciej, żeby usprawnić krążenie. Z minuty na minutę słońce podnosi temperaturę i poza chwilą zawahania na 20 PK lecimy bez przeszkód. Po drodze mijamy jedną z ekip i awansujemy na 4 pozycję. Gandi opada całkowicie z sił i nie ma co marzyć o szybkiej jeździe, nieważne czy jest grząski piach, czy ubity szuter toczymy się z prędkością ledwo dochodzącą do 20km, w końcu Areq bierze go na hol . Jeszcze to nieszczęsne siodełko kilka razy trzeba poprawiać, bo dziób zadziera się do góry.  Cały czas żyję nadzieją, że to przecież koniec roweru na dzisiaj, byle do przeprawy pontonowej, byle do kajaków. Dobijamy już na luzie, rowery na dętki, my do pontonu i 50 metrów wiosłowania na drugą stronę jeziora. Niespiesznie pakujemy się do kajaków, orgowie skasowali zadanie specjalne na kajaku z powodu braku wody w miejscu jego rozegrania co zmniejszyło dystans o niecały kilometr. Powoli zmierzamy do celu, po drodze pojawia się widmo przenoski (można przetaszczyć kajaki 300 metrów zamiast wiosłować 2km), ale Gandi prawie śpi i nie ma mowy o tym by Areq dał radę sam. Wiosłujemy więc spokojnie, zbliżając się do końca kajaku coraz bardziej zaczynam bać się rolek. Ostatni raz jeździłem na OnSight-cie i nie wspominam tego zbyt dobrze. Ale to nie mi przytrafia się kraksa dnia – Gandi, którego popchnąłem ja, którego popchnęła Anka, zaprezentował końcowy element domina. Jego zderzenie z asfaltem cały czas przyprawia mnie o ból. Myśleliśmy, że się nie podniesie… ale dzielnie wstał i dobrnęliśmy do mety. Czyli, wychodzi na to, że debiut czwórkowy jak najbardziej udany.

Dystans: 160 km   Czas: 17h:23m

Category(s): Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>