Dookoła Kotliny

Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej to już impreza z bogatymi tradycjami, impreza, na której nie liczy się kolejność na mecie, na której nikt nie wręcza choćby dyplomu dla zwycięzcy, gdzie nikt nie walczy z innymi uczestnikami,  gdzie idzie się by uczcić pamięć tragicznie zmarłych GOPRowców: Daniela i Mateusza.  Arek w Przejściu uczestniczył 4 razy, skończył raz w zeszłym roku. Ja ubiegły rok traktowałem jako przed debiut, dołączyłem do Arka na 65 km i od tego momentu szliśmy razem do mety. W tym roku miało być inaczej, szybciej i ciekawiej. Być miało, ale ostatni tydzień przed przejściem był bardzo długi. Mnie pochorował się syn, co znaczyło mniej więcej tyle, że snu miałem jak na lekarstwo i do piątku nie byłem pewien czy w ogóle pojadę do Szklarskiej Poręby. Arek zmagał się z jakąś dziwną infekcją i też nie wyglądał najlepiej. Generalnie zdawało nam się, że lepiej będzie jak nie wystartujemy. Jak później się okazało byliśmy w błędzie. Wiele znajomych twarzy pojawiło się na starcie, niektórych przyciągnęła niespotykana nigdzie indziej w Polsce liczba pięciu punktów kwalifikacyjnych do UTMB, innych chęć zmierzenia się z ogromnym wysiłkiem, dwiema nocami bez snu i magią Karkonoszy.
O 20:00 minutą ciszy daliśmy sygnał do wymarszu. Kto był w Szklarskiej Porębie i wchodził na Szrenicę wie, że to podejście samo w sobie robi różnicę, a co dopiero gdy się je konsumuje na początku 140-to kilometrowej trasy. Zaczęliśmy spokojnie równym tempem, szybko osiągnęliśmy odpowiednią temperaturę by stwierdzić nadmiar odzieży. Na szczęście wskoczyliśmy też na odpowiednią wysokość i wiatr zaczynał dawać o sobie znać. Arek Zapotoczny zadziwiał nas swoim tempem i razem z innymi dziarskimi piechurami pod górę wspinał się dużo szybciej od nas. Kiedyś trzeba też poruszać się w dół i już na pierwszym takim odcinku postanowiliśmy, że dopóki będą siły wszystkie zbiegamy. W tym roku padła decyzja – robimy na lekko – więc nie czujemy zbędnej wagi na plecach i dość żwawo pokonujemy kolejne kilometry trasy. Przy Odrodzeniu na 1 PK fotograf powiedział „Piętnasty, szesnasty.”  Pokiwaliśmy głowami i podreptaliśmy dalej. W Domu Śląskim żurek i herbatka rozgrzały nas na tyle, że wejście na Śnieżkę w zimnym, przeszywającym wietrze nie było przyjemne. Na szczycie zaczął padać deszcz ze śniegiem, na szczęście w postaci mżawki i na szczęście jak szybko się zaczął tak szybko się też skończył. Ponownie dał znać o sobie w okolicach przełęczy Okraj, gdzie zachęceni otwartym schroniskiem wpadliśmy na herbatkę.
Postoje może zbyt długie, bo jak się później okazało odpoczywaliśmy aż 4h podczas całej trasy…  Dalsze kilkanaście kilometrów to dla mnie odcinek nieistniejący, okolice przełęczy kowarskiej i droga na Skalnik składała się z mojej perspektywy w większej części z zamkniętych oczu i odpływania w sen na jawie. Nieprzespane noce mijającego tygodnia dawały o sobie znać, na szczęście Arek był na posterunku i dzielnie znosił moje narzekania połączone z utratą świadomości. Kiedy wzeszło słońce odżyłem, na 3 PK  pod Wołkiem byłem już całkiem rześki.
Zaczynamy dość mocno przyspieszać, wyprzedzamy kolejne grupy, lekko zdziwione tym, że nagle pojawili się kolesie co biegną jakby dopiero zaczynali trasę. W Janowicach odwiedzamy otwarty sklep. Przechodząc przez miejscowość spotkaliśmy Bormana, który ze względu na problemy żołądkowe przegrał tegoroczną walkę z trasą. Zaglądając na jego bloga stwierdzam, że szybko się pozbierał i już zapowiada powrót w przyszłym roku. Na Różankę dotarliśmy równo z początkiem serwowania makaronu. Arek Zapotoczny czekał tam już na swoja porcję, stwierdził też, że potrzebuje odpoczynku bo tempo, które narzucił było za ostre. Nadrobiliśmy zaległości komunikacyjne informując rodziny, że jeszcze żyjemy i dziarsko ruszyliśmy do przodu.
Kilometry mijały powoli w przeciwieństwie do zmęczenia, które coraz bardziej dawało o sobie znać.  Dotarcie na Okole połączyliśmy z ostrą dyskusją z grasującymi wkoło holenderskimi motocyklami, którym uświadomiliśmy że polskie lasy to nie tor wyścigowy gdzie po zapłaceniu lokalesowi 50eu można śmigać do woli. Brzmiącym dość poważnie „I’m gonna call police madafaka” zakończyliśmy konwersację. Na Okolu obowiązkowa fota na kamieniu.
Pogoda jak na środek dnia raczej poranna, czuć przyjemny chłodek. Zaczynamy zbiegać w stronę Chrośnicy. Kornel narzeka trochę na kamienie pod stopami, na których tylko inov-8 w wadze 190g (sic!) – czyli tyle co gruba skarpetka. Do Szybowcowej kulamy możliwie szybko. Przeprawa asfaltowa przez Jeżów Sudecki to chyba najgorszy odcinek PDKJ. Do Perły trafiamy bezproblemowo, a tam jak co roku wesele i goście weselni patrzący na nas jak na zombi z Dead Island. Popas na stacji Lotosu i lecimy dalej, słońce coraz niżej, a my chcemy jak najwięcej za dnia opędzić. Przed Komorzycą pogawędka na PK Goduszyn z Maciejką, popijamy czaderską herbatkę i wciągamy ciasteczka. Klimat na Przejściu jest iście „pielgrzymkowy”. Mieszkańcy wystawiają wodę na stolikach, ciasto… Komorzycę atakujemy „po naszemu” po pastwiskach stadniny GOSTAR. Przelot z Wojcieszyc do Zimnej Przełęczy robimy bezbłędnie (rok temu spędziliśmy tutaj sporo czasu i teraz wiedzieliśmy jak pokonać ten odcinek). Docieramy do Bobrowych Skał o zmroku. Tu też zaczynają się zwidy… zaczynamy odczuwać zmęczenie 24h wysiłkiem. Zwalniam coraz bardziej i zejście do Górzyńca zajmuje nam całą wieczność. Na dole czeka na nas kolejna „inicjatywa lokalna” czyli mieszkańcy z kiełbaską i herbatką. Qrcze… Podejście na Wysoki Kamień dzielimy na 2 części. Na Zakręcie Śmierci spotykamy się z Asią – gorący posiłek i chwila oddechu pozwalają realnie myśleć o skończeniu całej trasy. Wysoki Kamień … jak ja bardzo chcę spać :-) Po minięciu Kopalni zaczynamy kulać w dół do Jakuszyc. Kornel przeklina po raz kolejny brak amortyzacji w butach bo kamienne podłoże masakruje go przeokrutnie. Dopiero Podejście na Przedział gdzie zaczyna się mokre bagno i błoto uspokaja go. Niestety nie na długo. Kolejny raz zmieniona trasa dojścia do Toru saneczkowego spowodowała, że kilka razy bujamy tam i z powrotem. Oczywiście każdy z nas ma swoją wizję dotarcia we właściwe miejsce i musimy dać sobie jak zwykle po razie, aby uspokoić nerwową atmosferę. W końcu mózgi przewietrzone kłótnią zaczynają normalnie pracować i odnajdujemy właściwą ścieżkę. Zaczynamy wyścig…. może uda się złamać te 31h. niestety… bieganie w nocy na wyczerpanych bateriach czołówek, po 30h walki w górach i mając pod nogami kamienny tor saneczkowy spowalnia nas  i pomimo szaleńczego tempa szlakiem poniżej Kamieńczyka na metę docieramy po 31h i 16 min. DOCIERAMY… wydaje nam się ze tylko dzięki niesamowitej magii jaką jest uczestnictwo w Przejściu odnaleźliśmy w sobie siły by pokonać te wszystkie góry. Na mecie w nagrodę za odbieramy uścisk dłoni od Organizatorów. Przy okazji wdajemy się w dyskusję z jednym z uczestników, który chyba nie zrozumiał idei Przejścia i ma zarzuty o brak oznakowania i jakieś inne duperele. Próbujemy mu uświadomić że to nie jest wyścig, tu nie przyjeżdża się po nagrody, tu ścigasz się ze sobą oddając hołd czterem pięknym pasmom górskim.
Tu jak nigdzie indziej na świecie sprawdzają się słowa Krzysztofa Wielickiego: „W górach musisz wykonać pewien wysiłek bez zapłaty. Jest w tym mistyka, szukanie czegoś wyjątkowego. Do tego trzeba mieć pewną wyobraźnię, filozofię życiową. Nie każdego na to stać, nie każdemu się chce. Bo w górach nie ma granic, tam się szuka wolności. Są elementy rywalizacji, ale rywalizacji z postawionym celem, a nie z przeciwnikiem. Tam wciąż nie ma pojęcia: pierwszy, drugi, trzeci…”

Category(s): Bez kategorii

  1. Szacunek. Ciekawy tekst. Chcemy wiecej. Wyczekuje na kolejny wpis.

Odpowiedz na „MareckiAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>