Dymno 2012, czyli sam sobie zbuduj trasę

Budowanie trasy to rzecz  niezwykle trudna, budowanie fajnej trasy to rzecz jeszcze trudniejsza, ale to co zrobili organizatorzy na tegorocznym Dymnie to rzecz mistrzowska… do kwadratu! Przygotowali trasę, którą każdy musiał  zbudować sobie sam i nie chodzi tutaj o klasyczny scorelauf. A o co?  Ładnie opisał to Marcin Krasuski na  orienteering.waw.pl „Dwuosobowe zespoły miały za zadanie zdobyć 100 PP (punktów przeliczeniowych). Zaliczając punkt kontrolny kajakiem otrzymywało się 2 PP (1 PP za każdy z czterech punktów na odcinku specjalnym), rowerem – 2 PP, a pieszo – 4 PP. Punkty na etap pieszy i rowerowy były wspólne, więc po otrzymaniu kompletu map (godzinę przed startem) trasę trzeba było sobie logicznie zaplanować.” A planować było co, bo na mapie Bartek Niezgódka porozrzucał 35 PK pieszo-rowerowych, zadanie specjalne z 5 PK, kajak w postaci 10 PK oraz OS kajakowy z 4 PK. I tak praktycznie zaczął się nasz dzień… od planowania. Dopiero co wstałem, a już w rękach wylądowała mapa i musiałem  wytężyć mózg. Wiedzieliśmy, że trzeba zrobić jak najwięcej PK pieszo, oczywiście w ramach swoich możliwości, założyliśmy więc z Arkiem, że przebiegniemy ok. 50 km zaliczając po drodze etap kajakowy. I tutaj pojawiła się wątpliwość: start o 7 rano, a etap kajakowy otwarty dopiero od 12 – robiąc 30 pare km do kajaku możemy być tam wcześniej, niż byśmy chcieli. I zmiana decyzji. Robimy więcej PK przed kajakiem, po szybkim rzucie na mapę wychodzi jakieś 45 km. Jak się później okazało mocno nie doszacowałem tych kilometrów. Wychodzimy przed szkołę, a tam odliczanie: 15, 14, 13… Patrzymy wokół zdezorientowani i widzimy jeszcze jedną ekipę: „A gdzie reszta?”. Widać planowanie tak zaabsorbowało wszystkich, że zaliczyli lekkie opóźnienie na starcie.
Wylatujemy i po pierwszym kilometrze zonk. Miała być droga, a są domy… obiegamy z lewej, ale płotów coraz więcej, wracamy i dostajemy prezent na dzień dobry. Uprzejmy Pan otwiera nam bramę i każe biec za dom gdzie ma furtkę do lasu.

PK 1, 2 i 3 to proste nawigacyjnie punkty, przy PK4 za wcześnie wchodzimy w las i znajdujemy się po drugiej stronie bagna, pierwsza kąpiel po kolana tego dnia.

Na PK 5 czeka kolejne bagno. Co ciekawe na tutejsze bagna mówi się uroczyska, brzmi dużo lepiej standardowa nazwa. Szósty punkt zaliczamy bez problemu, na 7PK widzimy gdzieś z tyłu czołówkę trasy 50km. Tak się przypadkowo złożyło, że wybraliśmy wariant biegu pokrywający się z trasą A. Przed PK 8 doganiają nas zwycięzcy tej trasy czyli Andrzej Buchajewicz oraz Piotr Chyczewski. Chwilę później mocna grupa pościgowa z Wojtkiem Wanatem na czele. Mocna, ale nie do końca ostrożnie śledząca mapę. Skręcamy podbić PK8, a oni prosto. No cóż, nogi mają wybiegane więc im nie zaszkodzi.

Po PK 9 nie wpadliśmy w tą drogę co trzeba i nadłożyliśmy 500 metrów. Przy Dębie Powstańców spotkaliśmy Piotra Silniewicza, który uraczył nas miłą pogawędką i nie szczędził obiektywu. Tu wspomnę o pogodzie bo wczesnym rankiem mocno lunęło i cała zieleń porastająca las miała na sobie ogrom wody, dodatkowo z częstotliwością 3 razy na godzinę dostawaliśmy chłodną mżawkę. Dlatego też wyglądaliśmy tak:

Na zadaniu specjalnym spotkaliśmy małżeństwo Wanatów po raz kolejny, przez chwilę mieliśmy dylemat z jednym PK, ale szybko wątpliwości się wyjaśniły. Cały teren, na którym toczyło się ZS to coś w rodzaju pól irygacyjnych, gdzie mieliśmy do znalezienia 5 PK na podstawie zdjęcia satelitarnego. Dla utrudnienia dostawiono punkty stowarzyszone. Gdyby ktoś się pomylił organizator czekał już z karą 10 minut za każdy mylnie podbity PS. Jak przystało na pola irygacyjne było mokro.   W drodze na 10 PK tempo było coraz gorsze, był to już 40 km i zacząłem kombinować z pomysłem na całą trasę. Generalnie rzecz biorąc co 5 minut mnożyłem i dodawałem punkty przeliczeniowe by mieć wszystko pod kontrolą. W tym momencie mieliśmy 40 PP i 5h na trasie. Mogliśmy wrócić do bazy zaliczając po drodze jeden z PK i polecieć na rower, ale istniało ryzyko że nie wyrobimy się z zakończeniem kajaka do godziny 20. Zadecydowaliśmy napierać dalej i zostawić dwa PK (11 i 15) blisko bazy na ewentualne zaliczenie ich na końcu.

Kolejne warianty to proste przeloty: do PK13 jedna wielka rzeczka. W drodze na 12 PK Arek komunikuje brak wody w bukłaku od paru km. Szukamy sklepu w Starym Lubielu, ale pani w ogródku rozwiewa nasze marzenia. Wygrzebuję z plecaka jakiś nowy wynalazek Isostara: wodę FastHydrate. Arek wypija, ale widzę już, że nie będzie demonem szybkości na pozostałym odcinku biegowym.
Kulamy się do PK12 i dalej przez ciekawe z nazwy miejscowości: Ostrykół Włościański i Dworski. Szczególnie w tym drugim ludzie chyba zbyt przejęci rolą dworzan. Człowiek napotkany na spacerze z psem puszczonym luzem, a poproszony o założenie smyczy, odpowiada, że przecież on nie gryzie. Nastąpiła wymiana zdań, w której ów dworzanin podniósł nam ciśnienie. Odbiegamy w końcu trochę jakby szybszym tempem dzięki adrenalinie. Podbiwszy PK17 spotykamy chłopaków z Niezłej Korby, oni zaliczyli już kajak, ale przecież na tych zawodach to nic nie znaczy.

Zabieram Arka na hol i ciśniemy na przepak kajakowy. Tam jest woda, banany i 7days’y. Na miejscu nawet tłoczno, bo w sumie spotykamy dwie ekipy.

Arek potrzebuje chwili by do siebie dojść, ale szybką regenerację ma w małym palcu i zaraz pogania mnie ku kajakom.
Ja w tym czasie studiuje wariant, potwierdzam, że linki do przenosek się przydadzą. Decydujemy, że robimy cały kajak, bo w sumie nie ma gdzie go skrócić. Wybieramy kolejność zgodnie z głównym nurtem rzeki i powrót odcinkiem specjalnym. Kajaki (ponoć jak zawsze na Dymnie) były mistrzowskie, nie starczyłoby internetu na opisanie wszystkich zachwytów nad ułożeniem trasy. Na dopływie Narwi, Wymakraczu, gdzie był umiejscowiony jeden z PK, czułem się jakbym płynął kajakiem górskim pod prąd. Nurt był tak wartki, a zakręty tak ciasne, że pokonanie 150 metrów zajęło nam ok. 15 minut. Po OSie robimy kilkusetmetrową przenoskę do zalanej żwirowni i na koniec kilometr pod prąd Narwią. Czas 2h 40m to całkiem dobry rezultat, a był możliwy dzięki ostatnim treningom z naszym trenerem Łukaszem Dudzińskim. Po kajaku mamy 14PK zaliczonych pieszo, 10PK na kajaku oraz 4PK z OS’u kajakowego: co daje w sumie 80 PP. Pozostaje do zdobycia 20. Decydujemy po drodze do bazy zaliczyć 2 PK pieszo, a resztę rowerem. Nie wzięliśmy ze sobą części  mapy, na której zaznaczone były PK na północny-wschód od bazy, więc nie zajmowaliśmy sobie głów planowaniem. Tempo na tych 11 km pozostawia wiele do życzenia, holując Arka ciężko mi utrzymać 7min/km.

Na miejscu lądujemy przed 20, czyli po 13 godzinach napierania. Szybki rzut oka na mapę i wariant gotowy, 6 PK rowerem w kolejności 23,24,22,21,19,34. Orgowie mówią, że wygląda na to, iż prowadzimy i jak podbijemy te PK to raczej wygramy. Uwierzyliśmy, choć w tej formie zawodów określenie prowadzenia w czasie trwania rywalizacji jest bliskie niemożliwemu, a przecież wcale nie słabe zespoły stawiły się na starcie. Na rowerach odżywamy, czuję się tak jakbym dopiero zaczął zawody. Pierwsze dwa PK to szybkie przeloty: asfalt plus szutry, przy PK 22 lekko zboczyliśmy, co kosztowało nas kilka minut. Następnie czekały nas sławne mazowieckie autostrady rowerowe, czyli po kolana w piachu. Tyle razy poskładałem się na rowerze, że odechciało mi się jazdy. Nie dość, że nowe Cranki nie chciały współpracować przy wpinaniu, to jeszcze opornie szło mi wypinanie. Na szczęście było miękko… Podczas zaliczania tych sześciu PK spotkaliśmy trzy ekipy trasy ekstremalnej, a to znaczy, że było naprawdę tłoczno. Ostatnie 5 km to asfalt do bazy ze średnią prędkością 35km/h. Wpadamy na metę i okazuje się, mamy drugie miejsce! Radość wielka, szczególnie, że przegraliśmy tylko z Vice mistrzami Europy w Rogaining’u, czyli z kobietą, której faceci zazdroszczą możliwości biegowych – Sabiną Giełzak i z maestro nawigacji Marcinem Krasuskim. Zaliczyliśmy najwięcej, bo 16, PK biegowo i tylko 6 PK rowerem. Podsumowując start na Dymno to był jeden z naszych najlepszych występów. Nie tylko w kwestii ostatecznego wyniku, ale też dyspozycji fizycznej i psychicznej. Na koniec miłe zaskoczenie bo orgowie przygotowali puchary również dla pierwszego zespołu w kategorii MM – czyli nas.

fot. Andrzej Krochmal

To mój drugi puchar z Dymno. Dwa lata temu udało się wygrać trasę 50km w kategorii M20. Do kompletu brakuje tylko rowerowego trofea, ale z tym będzie najtrudniej. Zawsze i bez względu na okoliczności warto przyjeżdżać na Dymno!

długości poszczególnych odcinków:
trekking 1: 57.99 km
kajak: 12.18 km
trekking 2: 11.01 km
rower: 38.62 km
dystans łączny: 119.80 km
czas łączny: 15h:35m:12s

Category(s): Bez kategorii

  1. Świetna relacja, przeczytałam jednym tchem! Bardzo interesujące jest dla mnie zwłaszcza porównanie konkretnych przelotów między punktami, które realizowali piesi ze swoimi, rowerowymi (niestety mam tylko wrysowane markerem na mapę). Zwłaszcza w terenie mokro-piaszczystym. Gratuluję wyniku!

  2. Ja takiej radosnej miny na treku z pewnością nie miałam :). Wyszło nam nieco więcej kilometrów, przede wszystkim zdecydowaliśmy się na dłuższy rower, co przynajmniej z mojej perspektywy wyszło na dobre, gdyż zaliczenie jeszcze jednego punktu na trekku do reszty zmasakrowałoby mi psychikę :). Pozdro, S.G.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>