Nie łydka, a głowa zrobi z Ciebie zwycięzcę

fot.Dominik Mirowski

fot.Dominik Mirowski

Puenta jest w tytule, ale zacznijmy od początku czyli od zdjęcia. Ten oto dzik znajdował się w bazie zawodów, którą była leśniczówka w Żelaznym Moście k. Lubina.  Trasy szybkie i łatwe nawigacyjnie jak się okazało nie dla wszystkich w równej mierze. Stając z Arkiem na starcie nie przypuszczaliśmy, że będzie tak ciężko urwać się innym rowerzystom. W tym roku nastąpił wysyp zawodników w barwnych strojach na lśniących rumakach napędzanych wielką łydką. Po pierwszym kilometrze wiedzieliśmy, że to nie jest mój dzień do pedałowania – tak jak na zimowym Timex’ie – moc zeszła ze mnie wraz z pierwszym podjazdem i Arek musiał podać braterską dłoń do holowania. Dojazd do pierwszego PK i już widać że czołówka, która w między czasie trochę odjechała nie czyta mapy, skutkiem czego skręcili za wcześnie i dali się dopaść na punkcie. Asfalt zamieniamy na szlak pieszy i wdrapujemy się na szczyt wzniesienia – tutaj schodzę z roweru i łydkowcy znikają nam z oczu. O dziwo dojeżdżając na PK widzimy ich debatujących, słychać ich decyzję „Z powrotem do asfaltu” – uśmiechamy się do siebie i dajemy im odjechać. Sami tniemy przez las i dopadamy do szlaku rowerowego – dobijając do asfaltu zrównujemy się z prowadzącymi. Po kolejnej wizycie przy perforatorze uparcie wybieramy inny wariant na czym wygrywamy, i to znacznie, gdyż w następnej wiosce mamy już sporą przewagę. Tylko jeszcze Sylwester Wiśniewski nie daje za wygraną. 5 km dalej sytuacja nie ulega zmianie i dopiero oczywisty dla nas przejazd przez łąkę daje oczekiwany efekt – nikt inny nie zdecydował się pojechać za nami, ku zaskoczeniu wybrali… asfalt. Efektu dodał jeszcze punkt znaleziony prawie przez przypadek, którego odszukanie oczywistym nie było. Wpadliśmy na metę ciesząc się ze słów o pierwszym miejscu i po szybkim przepaku wybiegliśmy na trasę pieszą. Tu wtrącę iż o poranku chcieliśmy robić najdłuższy dystans ok 23 km, ale w owym czasie początku biegu skłanialiśmy się bardziej ku średniej, siedemnastukilometrowej, trasie. Dokładna mapa okazała się najlepszym przyjacielem gdyż przebieżność lasu była momentami zerowa, a ścieżki zgadzały się idealnie. Pokonawszy znaczną część dystansu doszliśmy do wniosku, że raz się żyje i lecimy całość. Na drodze raz po raz spotykaliśmy piechurów, którzy byli w połowie dystansu, a wystartowali gdy my zaczynaliśmy rower. To zderzenie zawsze występujące na fraszce czy mini masakrze dodaje energii. Widząc i słysząc ludzi, którzy uwierzyć nie mogą w nasze tempo krzeszę niedostępne pokłady energii i zachęcam Arka to tego samego. Wpadamy na metę o 15:15.

Rower:

dystans 45 km, czas 2h 21 min

Bieg:

dystans 21 km, czas 2h 54 min z przepakiem

Category(s): Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>