o tym jak się można w Rudawach wyrypać…

Rudawska Wyrypa… kolejna impreza, której nazwa skłania do refleksji i zastanowieniem się nad tym ile „mocy w nas”. Wiedziałem że będzie ciężko, w końcu Rudawy widzę prawie z okna swojego domu, ale chciałem sprawdzić ile daje mi kręcenie korbą po górach podczas tzw. treningów. W PPM przestałem startować ze względu na odległości jakie zwykle mam do pokonania po polskich drogach aby dotrzeć do bazy zawodów. Tym razem nie mogłem się wymigać, więc zapakowałem wieczorkiem rower do „służbowej pszczoły” i zawitałem w bazie w Karpnikach. Spotykam kilka znajomych twarzy i słyszę: „Arek, to co? My za Tobą, w końcu to Twoje tereny”. Masakra myślę, przecież ja odpadnę na pierwszym podjeździe. W stawce sami „mocarze” Paweł, Daniel, Grzegorz, Piotr… czołówka pucharu i zawodowcy. Spinam wszystko do kupy, ciuch raczej wiosenny (czyli opcja na długo) i udaję się na odprawę. Tu krótkie wprowadzenie, i dostajemy mapy…
Czułem że będzie ostro, no i wyczułem. Pierwsza pętla: Skalnik, Okraj, Bolczów, Wołek, podjazd na Bielec… sam widok mapy przyprawia o zawroty głowy i migotanie przedsionków. Rysuję kilka kresek na mapie i wychodzę na start. Nie ogarniam jeszcze tego co mnie czeka, odpalam światła drogowe 3…2…1… poszli. Dojazd do PK1 – asfalt, staram się trzymać czubka. Ważne jest by mieć kontakt wzrokowy, łatwiej wtedy trafiać na punkty, no i tempo jest weselsze. W głowie cały czas bitwa na głosy: „zwolnij, jeszcze masz 200km” vs. „dawaj ogniem, widzisz że nie dają rady” no i weź tu jedź jak Ci tak ryje beret. Dojeżdżam dość szybko na 1PK, nie tracę czasu na szukanie bo trafiam na niego od razu. Dzięki temu momentalnie przesuwam się na sam czubeczek :) Teraz w dół… Punkt sędziowski, melduję się posłusznie, porywam bananka na drogę i lecę znów ten sam podjazd co go przed chwilą już raz zwiedzałem w drodze do PK1(niestety układ trasy jak się później okazało wymuszał jeżdżenie po tych samych ścieżkach) PK3, ścieżki niedaleko szczytu Skalnika… płuca odmawiały współpracy a pulsometr uważał że powinienem zadzwonić po karetkę, ale nie zsiadłem z roweru, twardym trzeba być – powtarzam sobie i podbudowany chwilową mocą w nogach zmieniam taktykę. Postanawiam że jadę mocno, zobaczę ile dam radę wytrzymać.

Chwilę spędzam wśród ścieżek wokół PK aż w końcu trafiam na właściwą i pędzę w dół. W oddali słyszę strzały z grubej rury, mam nadzieję że do UFO (jak to mają w zwyczaju określać nas zwykle tubylcy) nie będą strzelać :) PK4 bez większych problemów i rura do Przełęczy Kowarskiej, gubię trochę dystans do czołówki zatrzymując się raz po raz po wypadające bidony. W końcu daję za wygraną i pozostawiam na drodze 2 litry napojów. Wjazd na PK5 (okolice przełęczy Okraj) robię asfaltem, trochę odstaję od najlepszych, mam tu ok.10-12 min straty do liderów. W drodze na PK6 zmieniam wariant, rezygnuję z trasy leśnej, na rzecz gładkiej szosy. Na PK6 trafiam dzięki światełkom Pawła Buciaka który właśnie odjeżdzał z punktu. Znów w locie zmieniam wariant, znów jak najszybciej do asfaltu. Zaczyna się poranna, wiosenna pogoda. Termometr chwilami zbliżał sie do 1stC, a wilgoć i pęd powietrza potęgowały telepanie zębów. PK7 podbijam już w samotności. PK8 – góra bez nazwy, tu pierwszy raz schodzę z roweru, ciężko mi nawet pchać, zajadam się by dodać mięśniom energii ale nic to nie daje. Sunę więc przysypiając, chwile większej koncentracji na zjazdach pozwalają utrzymać umysł w stanie „kontaktowym”. Na trasie do PK9 (zamek Bolczów) dogania mnie Grzegorz Liszka i Adam Wojciechowski za chwilę jeszcze Bartek Bober i  bęc… nakrywam się rowerem. Klasyczny FACE-PLANT, normalnie wstawać się człowiekowi nie chce po takim wyrypaniu. Połamany dołączam do grupy poszukiwawczej i wspólnie rozświetlamy skały wokół PK9. Kooperacja kończy się przy obieraniu wariantu na PK10, ja spadam wraz z Bartkiem zielonym na dół. Grzegorz z Adamem wracają z powrotem. Wiem, że wolę podjechać w górę asfaltem niż po kamieniach. Spadam kilka poziomic i lecę pod górę, zaczynają się kolejne odcinki wypychania roweru pod górę, ale pcham na przemian z krótkimi epizodami na siodełku. na PK10 zaczynam czuć lekkie bujanie na tyle, sprawdzam… snake. korzystam z okazji i prowadzę sobie rower. ach jak przyjemnie. Mam wymówkę. W końcu zatrzymuję się i wymieniam dętkę. Jakimś cudem trafiam dłońmi na dwa kolce wbite w oponę. Wyciskam je kolejno i wyciągam cążkami. Naprawa trwała dłuuugo, ale dzięki temu odzyskałem siły na pokonanie KILLERA

jeden z najbardziej morderczych podjazdów w mojej historii, wjazd na Bielec. Znany jeszcze z czasów kiedy odwiedzałem Maratony Rowerowe, prawie jak podjazd na Stóg Izerski od strony Czerniawy :) Na szczycie podjazdu chwila wytchnienia. Spoglądam na mapę… fajnie, teraz luz. PK12, potem zjazd do Janowic, PK13 nad Bobrem, do PK14 (oj jak dobrze mi znany punkt żywieniowy Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej) dojeżdżam „na okrętkę” chwila oddechu (szkoda że nie było kultowego już makaronu z „Przejścia”) i ogień w dół, PK15,16 znów płasko i PK17 – wspinaczka pod Przełęcz Karpnicką. Dojazd do PK18 (wołek) to znów ten sam podjazd. znów pcham. źle oznaczony PK na mapie powoduje stratę wielu minut. Ewidentny błąd budowniczego, ale nieważne… widok o poranku z Wołka na pasmo górskie – bezcenne :) puszczam wodze fantazji i jednocześnie hamulce na zjeździe z Bielca, prędkościomierz przestał działać więc się nie stresuję. Liczy się tylko adrenalina we krwi. Na PK19 trafiam bez problemów i już tylko baza. Jestem w okolicach 7 miejsca. Nie jest źle – myślę. tylko co dalej? zmieniam ciuchy na krótkie, coś podjadam i piję kawkę. Trasa drugiej pętli jakby trochę na siłę wyrysowana. Tylko po to by dodać kilometrów. Postanawiam że pojadę na OS i potem zdecyduję co dalej. Ruszam na Przełęcz Komarnicką i otrzymuje mapę do MTBO z punktami do zaliczenia.

Qrde.. kolejny raz te same drogi. Kolejne doświadczenie dla mnie jako budowniczego. Lepiej mniej KM ale lepszych jakościowo. Rysuję sobie w głowie kolejność i ruszam na S09, &$(*)(@) jeśli tak wygląda „przejezdny las” to ja wysiadam. Nabuzowany popełniam błąd na dojeździe do S08 i krążę z 15 min wokół próbując odszukać coś, do czego mógłbym „przyczepić mapę”. S11,S14 i S15 bez problemów, potem S12 przy Skalnym Moście i dłuższy przelot na S06 chwila biegania po poziomicach i jeszcze raz w dół do S01. Trasę S02-S03-S05 pokonuje z rowerem na plecach. trochę niefortunnie wybieram wariant i tracę kolejne minuty niepotrzebnie. Chwila odprężenia przy S07 i do mety OS’u. zerkam na dalszą trasę… zerkam na zegarek, znów na mapę… i jadę na północ w poszukiwaniu kolejnych PK. W drodze do PK35 zawijam na stację benzynową po 1L Coca-Coli i red bulla. podbijam kolejny PK36 i decyduję – skracam trasę. Decyzja trudna – mam jeszcze wiele godzin do limitu, ale brak zasilania w telefonie, połączony z ustaleniami z rodziną , że w domu będę do 18, skraca moją trasę o najdalsze 4PK.

Robię przelot na PK41, omijam ruchliwą drogę w stronę Karpacza i ląduję na przeciwległym brzegu rzeki. Jakie było zdziwienie biwakujących nad Łomnicą ludzi, kiedy bez większego stresu wpakowałem się w sam środek bystrzyny i zacząłem brnąć na drugi brzeg. Już dawno przestałem zwracać uwagę na chlupanie w butach :) podbijam PK pod wiaduktem i dalej w kierunku PK42 na Kowary. Tu zmęczenie na poziomie komórkowym pierwszy raz daje o sobie znać. Informacje w mózgu analizowane są w sposób na tyle skomplikowany, że nie znajduję PK na szczycie Parkowej Góry. Trudno, ktoś zafajdolił PK i tyle, górka (w owej chwili) mi się zgadza itp pakuję się na rower i wybieram asfaltowy szlak do PK43. Jak się później okaże, byłem nie na tym szczycie. Cóż, bywa i tak, zwłaszcza po kilkunastu godzinach morderczego rypania. Dolatuję w okolice ostatniego PK: zakręt w prawo, trochę wody, ok, zgadza się skręcam w drogę i zaraz powinienem trafić na PK – opis: szczególne miejsce. Qrde – co poeta miał na myśli. krążę wokół stawów rybnych sic! nic mi się nie zgadza, ale nauczony doświadczeniem piłuję dalej okolicę – bo może mapa nieaktualna, może te stawy to wczoraj wykopali… w końcu patrzę wokół… przecież miałem jeszcze minąć duże wzniesienie po lewej i dopiero skręcić z asfaltu. a do owego wzniesienia jeszcze z 1,5km. Wracam na drogę i spotykam Kornela z Kubą, wyczerpanych totalnie. Na mój widok ożywają, oddaję im resztki CocaColi – dzięki czemu docierają do mety w jednym kawałku. Ja podbijam PK43 i kręcę do mety. Jeszcze przy oddawaniu karty informuję że PK42 nie było w zaznaczonym miejscu, ale kilka minut weryfikacji z innymi uczestnikami powoduje że wycofuję się z wcześniejszych oświadczeń. Mój błąd, zdarza się przy takim zmęczeniu. PODSUMOWANIE: czas 18h 33m, 196km, zaliczone 39PK i ostatecznie 7 miejsce w generalce. Na podium byłem tego dnia za słaby. Gratulacje dla tych którzy poradzili sobie z całą trasą, choć osobiście uważam że trasa powinna skończyć się po OS’ie. te dodatkowe kilometry nic nie wniosły. druga pętla to 90% asfaltów, przeloty wielokilometrowe. Będę o tym pamiętał kostruując kolejne trasy na własnych imprezach. Start w RW uświadomił mi że jeszcze mógłbym się pościgać w Pucharze, gdyby tylko te wszystkie imprezy chciały być bliżej :) natomiast „rypanie” staje się powoli domeną sudeckich budowniczych: Izerska, Szklarska i teraz Rudawska trasa potrafią zmasakrować nawet największych twardzieli… do zobaczenia na IWW – tym razem to mnie będą oceniać zawodnicy :P



Category(s): Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>