Rudawska Wyrypa, czyli szaleństwo za miedzą

Gdyby ktoś tydzień temu powiedział mi, że po trasie 50km będę czuł się gorzej niż po tegorocznym zimowym Timexie 360 stopni to uśmiechnąłbym się tylko i powiedział, że nie wie o czym mówi. Na szczęście z pomocą przyszli organizatorzy Rudawskiej Wyrypy i szybko uświadomili mi jak bardzo się mylę. Wróćmy jednak do samego początku:  majówka nie zachęcała pogodą do treningów, a i wcześniej rozleniwiłem się do tego stopnia, że nie biegałem przez bite trzy tygodnie. Arek szykował się na 200-stu kilometrową trasę rowerową, ja i Kuba, dla którego był to debiut na takim dystansie zgłosiliśmy się na piesze 50 km. Młody, 16-letni, trenował ostro bo miał i gdzie, z bazą wypadową w Jeleniej Górze zwiedził całe rudawy nie raz w swoim życiu. Start o 9:00 i od razu mocne tempo, żeby nie stracić czołówki z oczu, na podbiegu do pierwszego punktu tętno oscylowało w okolicach 180, słońce świeciło prosto w głowę i zapowiadał się naprawdę ciężki bieg. Jak na zamówienie po naszym starcie czołówka trasy rowerowej zaczęła zjeżdżać  z pierwszej pętli w odstępach minutowych, niestety Arka wśród nich nie było. Do 1 PK dobiegliśmy razem z Irkiem Kociołkiem i Janem Lenczowskim, wypuściliśmy ich przodem i zgodnie ze starym nawykiem pobiegliśmy w odwrotnym wariantem. Odcinek specjalny to mieszane uczucia, z jednej strony dwa punkty nie stały tam gdzie powinny i na szukaniu ich uleciało kilkanaście minut, z drugiej wspaniały teren,  dokładna mapa i las, który nie przepuszczał ostrego słońca. Kolejne kilometry pokonywaliśmy przyzwoitym tempem, czuć było zmęczenie i przyszedł moment gdy zaczęliśmy zwalniać, a raczej ja zacząłem, bo Kuba czuł się świetnie. Próbował mnie mobilizować lecz marny skutek to przynosiło, starałem się biec wszystko po płaskim, ale i to przychodziło z trudem. Myślałem tylko o tym by nie dać się zmęczeniu i nie popełnić błędu w nawigacji. Pierwsza lampka ostrożności zaświeciła się podczas przelotu z PK 13 na PK 14 zaryzykowałem wariant na przełaj i wylądowaliśmy trochę za nisko z wysokością, na swoje usprawiedliwienie miałem fakt, iż drogi w tym rejonie kompletnie nie zgadzały się z mapą.  Pk16 z kolei to koszmar biegaczy, nie dość, że źle ustawiony to jeszcze schowany, widoczny praktycznie tylko z jednej strony. Na końcowych dwóch punktach odezwało się zmęczenie na tyle dokuczliwe, że popełniłem błąd nawigacyjny, najpierw zamiast trzymać ładnie azymut skręciłem za bardzo na wschód, przez co wylądowaliśmy nie na tym skrzyżowaniu. Potem zapomniałem w ogóle jak się używa kompasu, w końcowym rozrachunku oznaczało to przebiegnięcie dodatkowych 2km. Co gorsza bukłaki opróżniliśmy już jakiś czas temu. Wiedziałem, że dłuższy bieg bez picia to zwiększanie szans na kolejne błędy w nawigacji. Jakie było moje uradowanie, gdy po wybiegnięciu na asfalt spotkaliśmy nadjeżdżającego Arka. Cieszyłem się jak dziecko i w nagrodę dostałem prawie 0,5 litra zimnej Coli. Do ostatniego punktu przeprowadziłem Kubę przez niezliczoną ilość rzeczek, rowów i bagien. Wyrywał do przodu jak sarenka, ale mnie było stać tylko na człapanie. Na metę dotarliśmy po 8 godzinach i 51 minutach, pokonany dystans to 53,95 km oraz 2500m w pionie. Ostatecznie 9 miejsce w generalce nie jest złym wynikiem. Kuba gratuluje debiutu i obiecuję, że następnym razem będzie szybciej.

link do tracka na endomondo

Category(s): Bez kategorii

  1. Dzięki korson, za dużo miłych słów, ale w rzeczywistości było troche inaczej. To wyłącznie dzięki tobie dotarliśmy do mety zaliczając wszystkie kasowniki. Czekam z niecierpliwością na nasz kolejny wspólny start!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>