TRIATHLON – mój pierwszy raz


Ironman
– zawody triathlonowe organizowane przez World Triathlon Corporation. Dystans: 3,8 km (2,4 mil) pływanie, 180 km (112 mil) jazda na rowerze i 42,2 km (maraton, 26,2 mil) bieg i październik w hawajskim mieście Kona na wyspie Big Island to moje marzenie od niepamiętnych czasów, jednak trening triathlonowy zawsze odsuwałem na bok, aż do ubiegłego roku, kiedy postanowiłem, że nie mogę już dłużej czekać.  Trening jednak, jak to zwykle u mnie bywa, był spontaniczny i realizowany według zasady … może dziś popływam troszkę. Jako cel postawiłem ukończenie w 2012 zawodów na dystansie tzw. połówki Ironmana.  Czerwcowa impreza w Pardubicach pasowała mi idealnie. W sumie to przecież tuż za miedzą i bliżej już nie będzie. Poza tym Czechman ma bardzo dobre opinie wśród triathlonistów, więc nie mogło być innego miejsca na debiut. Pozostało zapisać się …

Rower zacząłem składać ze starego Scotta. Założyłem slicki, odchudziłem co się dało, wyrzuciłem amortyzator na rzecz super lekkiego widelca (co okazało się niezbyt fortunne ale o tym później). Gandi pożyczył mi lemodkę i zacząłem przyzwyczajać się do jazdy na szosie. Nad bieganiem zacząłem pracować już pod koniec ubiegłego roku. W zimie w firmie pojawiła się bieżnia, więc nie miałem wymówki, że niby w zimie się nie da i starałem się biegać regularnie. Pozostał tylko zakup jakiegoś buta, wybór padł na jedyny model w moim rozmiarze dostępny we wrocławskich sklepach czyli Asics Nimbus. W kwestii pływania przyjąłem że w moim przypadku różnica pomiędzy pływaniem stylowym, a byle jakim to ok 10-15 min i pływałem sobie własną techniką z założeniem żeby zmieścić się w 40 min na zawodach.
Sam wyjazd na imprezę i wszystko to co działo się przed startem to materiał na osobną relację. Z ważniejszych „wydarzeń” nadmienić należy, że w przeddzień startu zerkam na stronę zawodów i klikam sobie czy aby na pewno wszystko jest OK, przeglądam stronę główną, ooo… lista startowa, a zobaczę sobie i ZONK, nie ma mojego nazwiska. Nerwowe poszukiwania, o co kaman, maile do orgów, a tu auto już zapakowane i nie wiem czy mam jechać czy nie… i jak to zwykle bywa, okazuje się że przeglądam listę z ubiegłego roku… echhhh, kto to trzyma takie coś na stronie głównej. Kilka godzin później ląduję w hoteliku niedaleko bazy. Rano pobudka, śniadanko i lecę na start. Mając w zapasie sporo wolnego czasu idę obejrzeć zawody dla juniorów.

Jest szansa na sprawdzenie jak taka impreza działa. Przy okazji może się czegoś nauczę. Chwilę później pojawia się Gandi, którego udało mi się namówić na przyjazd w formie supportu. Jako bardziej doświadczony przekazuje mi jeszcze kilka ważnych informacji i udajemy się zdeponować sprzęt do strefy zmian… i …. I okazuje się panowie kontrolujący sprzęt nie dopuszczają mojego roweru do startu (po wymianie widelca hamulec mi trochę nie pasował, więc go nie zamontowałem) Dyskutowanie nie miało sensu – zwłaszcza, że panowie nie bardzo po angielsku – i co ? muszę wracać do domu ? z opresji ratuje mnie Gandi. Pożycza mi swój rower, który zabrał ze sobą by przejechać się rekreacyjnie po trasie. Wsiadam, sprawdzam jak to działa wszystko u niego i tym razem bez przeszkód przechodzę kontrolę. Teraz już chyba nic więcej nie może się zawalić. Kilkanaście minut do startu, więc zakładam piankę. Za każdym razem idzie mi coraz lepiej więc szybko ląduję na plaży wśród pozostałych zawodników. Po raz pierwszy będę pływać w takim tłumie. I poszli….

… minęła dłuższa chwila zanim oswoiłem się z sytuacją, po 200 metrach zrobiło się luźniej, po 500 metrach złapałem właściwy rytm i płynąłem swoje podziwiając podwodny świat. Tak, tak… woda w jeziorze była tak czysta, że widać było naprawdę sporo. Po  przepłynięciu kilometra zacząłem przyspieszać i wyprzedzać innych… hmmm, nauczka na przyszłość, że jednak można mocniej.

Wyjście z wody było takim szokiem że nie bardzo wiedziałem co się dzieje wokół mnie i półprzytomny docieram do roweru. Ściągam piankę, teraz buty, kask, numer startowy, rower w łapy i lecę.

Trasa rowerowa po drogach wiejskich, jednak jakość asfaltu lepsza niż na naszych polskich autostradach. Po kilku kilometrach łapię rytm. Brakuje mi lemondki ale staram się być jak najbardziej aerodynamiczny, w końcu detale czasem decydują o wyniku. Pedałuję swoje i raczej wyprzedzam więc nie jest źle.

Mając w perspektywie jeszcze bieganie nie daję z siebie wszystkiego by wytrzymać do mety. Etap rowerowy mija mi bardzo szybko, choć 2h 41min to wcale nie mało. Tym razem w strefie zmian spędzam chwilkę dłużej. Ogarnięty ruszam na trasę biegową która w 95% przebiega drogami asfaltowymi. Wiedziałem że będzie ciężko, ale tak źle jeszcze nie miałem.

Na pierwszej pętli wyprzedzali mnie chyba wszyscy, a ja snułem się jak cień próbując biec z jakimś sensownym tempem, które można uznać za biegowe. W końcu ostatnie metry po plaży i wbiegam na metę. Zegar pokazuje  5:33:45 …. o 2 min pobijam nasz teamowy rekord Gandiego z zeszłego roku.

Jestem piekielnie zmęczony, ale niesamowicie szczęśliwy… udało się. Przekraczając linię mety wiem już, że wrócę tu za rok i będę walczył o lepszy wynik.
Dzięki wielkie dla Gandiego – bez jego pomocy i sprzętu raczej bym nie wystartował. Przepraszam, że złamałem rekord, ale konkurencja rodzi progres… czekamy teraz na ripostę.
Wiem że do ukończenia Ironman’a długa droga, ale wiem nad czym należy pracować i nie zamierzam się poddawać. Być może któregoś dnia stanę na plaży Big Island ….

Szczegółowe wyniki:

Całość                  – 5:33:45
Pływanie             – 0:40:06
Strefa zmian      – 0:02:31
Rower                  – 2:41:51
Strefa zmian      – 0:04:31
Bieg                     – 2:04:41

Category(s): Bez kategorii

  1. w Radkowie będzie okazja na rewanż :P

  2. no raczej na bezpośredni pojedynek :P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

 

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>